środa, 23 października 2013

ROZDZIAŁ IX
''W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA''

Od pamiętnej wizyty w ogrodzie unikałam Malfoya jak ognia, wynajdując sobie niezwykle interesujące zajęcia za każdym razem gdy przekraczał próg domu Weasley'ów.
- Zachowujesz się jak dziecko! - pewnego razu zrugała mnie Ginny patrząc wymownie na zardzewiałą konewkę, którą usilnie próbowałam doprowadzić do ładu.

- Blease patrzy - odpowiedziałam tylko, spuszczając głowę i wracając do tej - w rzeczywistości - niesamowicie nudnej czynności.

Tego dnia nie miało być inaczej niż zwykle. Ku ogólnej radości, szczęśliwie pohukujące sowy przyniosły opasłe listy na których widniała pieczęć Hogwartu.

- A więc pora wybrać się na pokątną - z uśmiechem na twarzy oznajmiła Pani Weasley.

- Mamo, pamiętasz chyba o naszej rozmowie - zagaił Ronald z nadzieją w głosie.
- Chyba nie muszę Ci przypominać, że zmasakrowałeś jadalnie? - fuknęła Molly ze złością, a my parsknęliśmy śmiechem - nie sądzisz, że to przekreśliło naszą umowę?

- Ależ mamo! To nie moja wina! - bronił się Ron oskarżycielsko wskazując na Ginny - sprowokowała mnie!

- Oh, jasne - bo powiedziałam prawdę? - niewinnie zapytała Ginerwa uśmiechając się rozbrajająco do reszty

- Prawdę? Chyba urojoną! - warknął chłopak zaciskając pięści

- Przyznaj, rzuciła Cię tylko dlatego, że jesteś taki nachalny. Jak już się przyczepisz, nie możesz odpuścić - syknęła prowokacyjnie, spoglądając pogardliwie w stronę piegowatego.

- Jak możesz! A Ty, Hermiono? Nie staniesz w mojej obronie? 

- Nie, Ron. Wiesz przecież, że źle zrobiłeś - spuściłam głowę plując se w brodę. Ta kłótnia prowadziła donikąd! Czy wszystko musi być takie trudne? Przecież uznaliśmy ten związek za przykrą pomyłkę.

- A więc kobieta mojego życia - w tym momencie z niedowierzaniem podniosłam głowę, by spojrzeć w twarz chłopakowi - tak, kobieta mojego życia - powtórzył gniewnie - rzuciła mnie tylko po to, by teraz bezczelnie wymieszać z błotem, siedząc w jadalni przy MOIM STOLE?! - wykrzyczał wbijając na sztorc zaostrzony nożyk, którym właśnie kroił warzywa.

- DOSYĆ! - wrzasnęła matka Ronalda, która do tej pory spokojnie przysłuchiwała się nieprzyjemnej wymianie zdań - Marsz do pokoju! Nie wyjdziesz, dopóki nie wróci ojciec, a wtedy sobie porozmawiacie! - wypieki na twarzy jej syna dały mi do myślenia. Nagle zrozumiałam, że rudzielec za moment wybuchnie. Nie pomyliłam się

- JAK ŚMIESZ MÓWIĆ DO MNIE W TEN SPOSÓB! NIE JESTEM JUŻ DZIECKIEM! NIE MASZ PRAWA ZABRANIAĆ MI TEGO CO SŁUSZNE! ZAPOMNIELIŚCIE JUŻ CHYBA, ŻE DZIĘKI MOJEJ INICJATYWIE ZNISZCZONO HORKRUKSY! ZAJMUJECIE SIĘ TYLKO SOBĄ! A GDZIE TO, CO MI SIĘ NALEŻY? NIE MOGĘ POPROSIĆ NAWET O GŁUPIĄ MIOTŁĘ! I TA DZIEWUCHA, POD MOIM DACHEM - tu wskazał na Hermionę, trzęsąc się z furii na całym ciele - WYPROWADZAM SIĘ! A TY GRANGER ZA WSZYSTKO MI JESZCZE ZAPŁACISZ! - kierując pięść w moją stronę gwałtownie potrząsnął głową wybiegając z jadalni.

 Molly zalała się łzami, które bezskutecznie próbowała zatrzymać. W końcu opadła bezsilnie na wytarty fotel i dała upust negatywnym emocją.

- Mój syn! Gdzie popełniłam błąd? Czego mu w życiu nie dałam? - chlipała, podczas gdy razem z Rudą poklepywałyśmy ją współczująco po plecach i podawałyśmy kolejne chusteczki.

- Nie przejmuj się mamo, to kretyn. Wróci szybciej niż wyszedł - skomentowała Ruda, w odpowiedzi słysząc jedynie lament swej matki.

Nie miała racji. Godziny wlokły się niemiłosiernie, a Rona nigdzie nie było widać. Właśnie szykowałyśmy spóźnioną kolację, gdy usłyszałam ten głos na podwórku

- Daj spokój, ona nie chce mnie widzieć! - Malfoy. Ślizgońskie syki rozpoznałabym dosłownie wszędzie. Diabeł odpowiedział mu niezbyt wylewnie
- Nie dąsaj się stary, to przecież Gryfonka. Czego się spodziewałeś?

- Jak to czego? Że po wojnie w końcu coś zacznie funkcjonować normalnie. Tymczasem Tobie układa się z Ginny, a ja nadal tkwię sam jak palec!

- Kiedyś i Ty znajdziesz szczęście - skomentował Zabini, by po chwili dodać - chodź, pokaże Ci co dzisiaj znalazłem.

Przesłyszałam się. Tak, z pewnością się przesłyszałam. Przecież Ślizgoni nie są zdolni do takich rozmów, a już na pewno nie ten, za którym szaleją wszystkie dziewczyny w Hogwarcie.
- Przestań się w końcu przejmować Draconem - warknęłam do własnych myśli
- Słucham? Czy ja dobrze słyszałam? Miona, myślisz o Smoku? - wyszczerzyła się Ginny, przezabawnie trzepocząc rzęsami.
- Wydaje Ci się, nic nie mówiłam - mruknęłam a słoik z miodem, który miałam dodać do słodkiej niespodzianki dla Pana Weasleya wyśliznął mi się z rąk i z głośnym brzękiem tłuczonego szkła upadł na ziemię.
- Tak, właśnie widzę - roześmiała się perliście najmłodsza latorośl Weasley'ów wracając do pracy, podczas gdy ja bezskutecznie starałam się ukryć wykwintne rumieńce.

Draco:

- Smoku podnieś swój leniwy tyłek i ubierz się w końcu - Blease najwyraźniej szczerze znudzony moim lenistwem szarpał skrawek kołdry, którą się szczelnie okryłem.

- Dobra już dobra, daj mi pięć minut.

- Pięć minut? Najwyżej dwie stary! Musze wracać do Nory - fuknął Zabini przewracając oczami.

- Wiesz co Diable? Ja naprawdę nie pojmuje Twojego toku myślenia! Miałeś podlizać się Rudej i jakoś zdobyć jej zaufanie, ale przecież nikt nie kazał Ci tam zamieszkać!

- Pomyśl kretynie. Jak skutecznie poznać tryb życia tych zdrajców i dowiedzieć się więcej o życiu tej nędznej szlamy? To bardzo skuteczne i dosyć wygodne rozwiązanie, nie uważasz?

- Wygodne? Nie mów mi, że ta dziura Ci się podoba! - roześmiałem się odrzucając pościel.

- Żółć Ci na mózg padła, czy uderzyłeś się w główkę? Mieszkam tam tylko i wyłącznie ze względu na to, że sytuacja tego wymaga, więc nie mów mi, że siedzenie z Wieprzlejami przypada do gustu arystokracji!

- Nie unoś się, człowieku - rozłożyłem ręce w geście bezradności i zaśmiałem się cicho

- Cholera Draco, mamy niecałe piętnaście minut! Jeżeli się spóźnimy będą wypytywać, nawet nie wiesz jak dociekliwe potrafi być to grube babsko! - usłyszałem głos Bleasa i parsknąłem. Matka Wieprzlejów, też mi coś. Kobiecina do rany przyłóż, łatwo ją sobie owinąć wokół palca. - DRACO! - na Merlina co za natręt!

- Wychodzę! - odkrzyknąłem podirytowany tą manią punktualności.

- No w końcu! To jak, idziemy? 

- Jeszcze momencik. Stary muszę wykombinować jakąś dobrą gadkę - na co może lecieć taka zarozumiała Gryfonka jak Granger? - Diabeł spojrzał na mnie jak na debila - Nie gap się tak, pomóż mi!

Gdy po pięciu minutach zrezygnowany wstałem z niepościelonego łóżka uważając kumpla za kompletnego bezmózga, Bleasa olśniło
- Smoku, wmów jej że jest obserwatorem!

- Co? - zapytałem głupio mrugając szybko oczami. O czym on do cholery plecie?

- No wiesz, laski lubią wywoływać poczucie winy nie? Zrobimy tak. Wiewióra i Szlama rządzą w kuchni. Pospieszmy się i walnijmy po drodzę gadkę typu o nie, jestem taki nieszczęśliwy, bo przecież ona nie chce mnie widzieć! To działa, serio - Blease puścił oko w moją stronę. Nie zdobyłem się nawet na głupi komentarz. Ten plan był genialny! Diabeł jak gdyby czytał w moich myślach, powiedział wesoło

- To lecimy - i w tym oto momencie poczułem znane szarpnięcie.

Wylądowaliśmy nieopodal Nory. Przez całą drogę zastanawiałem się jak zacząć tą komedię tak, żeby gra aktorska nie została wykryta. No ale kto mógłby być lepszym pozerem niż ja, sam Draco Malfoy? Otóż nikt. Z Diabłem u boku czułem, że mogę wszystko. Mogę oszukać nawet Granger.

- Gotowy? - zapytał Blease. W odpowiedzi kiwnąłem niezauważalnie głową i pociągnąłem za furtkę.

Mój wzrok dyskretnie powędrował w stronę okna. Wszystko zapowiadało, że przedstawienie będzie naprawdę wspaniałe.
- Daj spokój, ona nie chce mnie widzieć! - zrobiłem zbolałą minę dostatecznie regulując ton głosu. Musiała to słyszeć! Zerknąłem szybko. Wzrok szlamy skierowany był w naszą stronę. Otóż to! Rybka połknęła haczyk.

- Nie dąsaj się stary, to przecież Gryfonka. Czego się spodziewałeś? - Blease podłapał tę gierkę natychmiast. Zresztą, jak zwykle. Zawsze byliśmy w tym świetni.

- Jak to czego? Że po wojnie coś w końcu zacznie funkcjonować normalnie. Tymczasem Tobie układa się z Ginny, a ja nadal tkwię sam jak palec! - sarkazm. Otóż to! Całe moje życie to jeden, wielki sarkazm. Nie musiałem grać, żeby wygrać.

- Kiedyś i Ty znajdziesz szczęście, Ale wtedy staruszku - dbaj o nie. - skomentował Zabini, by po chwili dodać - chodź, pokaże Ci co dzisiaj znalazłem. - odeszliśmy w stronę niewielkiego sadu, którego pielęgnowaniem zajmowała się Ginny. Na szczęście dla nas był całkowicie pusty. Z szelmowskim uśmiechem opadłem na ławkę i zapytałem

- Jak poszło?

- Smoku, sam prawie w to uwierzyłem! - Zabini zacmokał zadowolony z takiego obrotu sprawy. - a teraz - zwiesił na chwilę głos i spuścił z tonu - opowiedz mi jak idzie Ci z Tomem

- Jak to jak? Ciągle próbuję go rozgryźć. Tortury nie dają efektów! Słowo Ci daję, potrafi oprzeć się nawet zaklęciom niewybaczalnym. To musi być syn Czarnego Pana, nie widzę innej możliwości. Tylko on był tak wielki - odpowiedziałem szeptem nerwowo oglądając się za siebie. Prawda nie mogła wyjść na jaw - ale wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? To chyba jakiś masochista. Wydaje się cieszyć z krwawych przesłuchań, a przecież odbywają się jego kosztem
W tym momencie dojrzałem Charliego. - Koniec - syknąłem do Diabła, a ten od razu się wyprostował.
- Tak, myślę że nawet Sprout pozwoli nam kontynuować zielarstwo - dla niepoznaki Blease udał, że rozmawiamy o owutemach. - cześć Charlie! - pomachał mu uśmiechając się sztucznie.
- Chłopaki nie chcę przerywać wywodów na przyszłość, ale mam wam wiadomość do przekazania - zaczął kudłaty, jak zwykliśmy nazywać go między sobą - kolacja gotowa, mama zaprasza do ogrodu.
- Cudownie, nie jadłem chyba przez całą wieczność! - z udawanym zachwytem na twarzy udałem się w stronę stołu.
Hermiona:
Nie mogłam przestać myśleć o tym Ślizgońskim bydlaku. Bo niby jak? Mącił mi w głowie. Gdy w końcu udało mi się uspokoić, a ciasto stygło już w blaszce, pani Weasley zawołała z ogrodu
- Stół już nakryty, możecie podawać! 
Sałatka, której postanowiłam skosztować była przyrządzona naprawdę mistrzowsko. Posłałam Ginny spojrzenie, które jak miałam nadzieje - było pełne uznania dla jej ciężkiej pracy. Podejrzewałam, że tak właśnie było - Ginny napracowała się ciężko i to nie dla Harrego, który nadal nie wrócił z wakacji, ale dla Bleasa, a ten właśnie żwawo szedł w stronę stołu. Za nim jak można się było spodziewać wlókł się Tleniony. Usłyszałam jego głos za swoimi plecami
- wolne? 
- Jasne, siadaj - rzuciłam od niechcenia, wskazując na krzesło. Malfoy od razu zabrał się za kaczkę z pomarańczami. Spałaszował ją w ciągu minuty i właśnie sięgał po pieczone ziemniaki, które przygotowałam, gdy płomykówka wylądowała na stole rozlewając herbatę na moje spodnie.

- Czyja to sowa? - zdziwił się Bill wyciągając ręke w stronę listu - Percy. No cóż, wydaje mi się że wszyscy wiemy, gdzie zatrzymał się Ron - mruknął po chwili i pogładził sówkę po główce. Napiła się wody z przygotowanego dla niej pucharka i odleciała pohukując radośnie.

Nikt nie zwrócił uwagi na moje syki. No, może poza Malfoyem. Szybkim krokiem udałam się w stronę domu. Musiałam szybko rozciąć te spodnie. Poparzenie wydawało się być rozległe, a spodnie już bardzo przywarły do skóry. Za mną wparował Draco
- Wszystko dobrze? - zapytał i szybkim krokiem podszedł do skórzanej kanapy na którą opadłam w poszukiwaniu nożyczek
- Tak, wprost cudownie, Malfoy! - syknęłam zdenerwowana, że zadaje tak niedorzeczne pytania. - a teraz pomóż mi z łaski swojej!
Okazało się, że Draco jest znakomitym doktorem. Opatrzył moją ranę i skutecznie schłodził ją różdżką. Uznał, że miałam szczęście. Na kolację już nie wróciłam i nawet, gdy Artur wrócił z pracy, a jego córka pobiegła po blaszkę z ciastem, udałam że niemiłosiernie boli mnie głowa. Siedziałam właśnie wygodnie na łóżku, prostując co chwila zbolałą nogę i wertowałam mugolską lekturę, gdy do pokoju zakradł się Malfoy. Podniosłam wzrok i gniewnie prychnęłam. On jednak pochylając się tylko nade mną wyszeptał
- Musimy porozmawiać, Hermiono.



Informuję, że rozdział nie był sprawdzany, z góry przepraszam, jeśli pojawiły się jakieś błędy. Ogólnie rzecz biorąc nie jestem zadowolona z tego rozdziału, zdecydowanie nie miałam pomysłu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz