ROZDZIAŁ VII
''NIKT NIE POWIEDZIAŁ, ŻE WRÓG JEST JEDYNIE WROGIEM''
Chłodny wiatr smagał moje włosy, gdy wraz z Draconem teleportowaliśmy się zaledwie pół kilometra od Nory. Odetchnęłam świeżym powietrzem i otworzyłam orzechowe oczy, spoglądając ukradkiem na przystojnego Ślizgona. Towarzyszył mi wstyd - nie tylko dlatego, że on, śmierciożerca i przede wszystkim Malfoy uratował mi życie, ale również z powodu niezliczonych ilości tajemnic, które łączyły ich prastarą rodzinę. Nie chciałam wtrącać się w pogmatwane życie arystokracji. Przerażała mnie myśl, o ukrytych kłamstwach, czy niedopowiedzeniach, które scalały całą gromadę czarodziejów czystej krwi w jedność.
Jestem zmęczona, wyśpię się i zapomnę o tych głupotach, toć to żałosne - pomyślałam i w tym samym momencie Tleniony zawarł głos, niezwykle spokojny jak na osobowość z którą miałam styczność od lat
- Nie zapomnisz.
- Podsłuchujesz moje myśli?! - zdenerwowałam się nie na żarty. Po co w ogóle starał się o to, żeby mnie nie zabili? Starał się! W tym musiał być jakiś podstęp. Ale jaki...
- Nie moja wina, że skamieniałaś jak... jak posąg! Wybacz, o delikatności, że uratowałem Ci życie, bo przecież tak bardzo chciałaś zginąć - zironizował wybuchając sztucznym śmiechem i tym samym przerywając po raz kolejny myśli młodej kobiety.
- No wiesz Malfoy? Nie prosiłam Cię o taką przysługę! W końcu po co miałbyś ratować nędzną szlamę - wysyczałam przez zęby, odwracając się na pięcie.
- Jesteś mi coś winna Granger -jego głos drżał od powstrzymywanego gniewu.
- Czyżby? - spojrzałam w szare oczy Blondyna, krzywiąc się nieznacznie - nie sądzę - dodałam patrząc na niego hardo.
- Nie sądzisz, powiadasz... No cóż, w końcu czego mógłbym spodziewać się po Gryfonce, w dodatku przyjaciółce Pottera - parsknął potrząsając energicznie głową. - Tak Granger, to było do przewidzenia.
- Po mnie? A kto z dwojga obecnych tu osób nie miał odwagi stanąć z nami w Bitwie o Hogwart?! Kto całymi miesiącami wylegiwał się w wygodnych komnatach, obsługiwany przez Bogu ducha winne skrzaty domowe podczas gdy ja, Ron, Harry i cała reszta ryzykowaliśmy życie, by uratować chociażby Twój nędzny tyłek? A może już zapomniałeś, że gdyby nie my, prawdopodobnie skończyłbyś równie wspaniale, jak Twój ojczulek jego banda?! - dyszałam ciężko, wyrzucając z siebie cały żal, złość i pogardę. Co za bezczelny człowiek!
- Więc tak o tym myślisz? Jak to Ty mówisz ''wylegiwałem się'' podczas gdy wy narażaliście przecież tak cenne życie, hm? Nie wiesz co mówisz Granger.
- Nie wiem co mówię?! NIE WIEM CO MÓWIĘ! Malfoy ja tam byłam! O ile sobie przypominam, ubrany byłeś w przyzwoicie ciepłą szatę, a stół zastawiony był do obfitej kolacji, podczas gdy my głodowaliśmy zarówno dniem jak i nocą!
- To niby moja wina tak? - oczy blondyna zwęziły się, zamieniając w niewielkie szparki. - A pomyślałaś może, jak ja się czułem, będąc zmuszonym jeść ze stołu na którym codziennie ginęli niewinni? Ze stołu, przy którym przesiadywał ON?
- A niby co takiego robiłeś, żeby ich powstrzymać, biedactwo Ty moje?! - zironizowałam - no co, może powiesz mi, że kiedykolwiek wyraziłeś swój sprzeciw, Malfoy?!
- Chciałem, ale nie mogłem.
- NIE MOGŁEŚ NAWET WTEDY, GDY TWOJA KOCHANA CIOTECZKA ZROBIŁA MI TO?! - wrzasnęłam upuszczając rękaw szaty. W bladym świetle zalśniły blizny układające się w słowo ''SZLAMA''. Blondyn zaniemówił.
Przez moment dostrzegłam ból w stalowych oczach, które zazwyczaj były nieodgadnione. Chłopak wydawał się prowadzić jakąś wewnętrzną walkę, o której ja dziewczyna pochodząca z mugolskiej rodziny nie miałam zielonego pojęcia. Co może dziać się w głowie Dracona Malfoya? Arystokraty, który niezależnie od sytuacji staje po stronie swojej zawszonej ideałami rodziny?
- Właśnie, Granger. Zawsze po stronie parszywej rodziny - uniósł podbródek dziewczyny zaglądając jej głęboko w oczy. Nie wiedział co chciał w nich znaleźć. Współczucie, a może wsparcie?
Użyłam całej mocy empatii, jaką byłam zdolna w danym momencie wykreować. Cieszyłam się z faktu, że ćwiczyłam przechwytywanie silnych emocji dużo wcześniej, niż wymagała tego szkoła. Skupiłam się na chłopaku, przymykając powieki.
Spadałam w dół. Czarna rozpacz owładnęła nagle całe me ciało. Czułam, że moja świadomość zamyka mnie w odosobnionej klatce. Byłam sama. Gdzie światło, którego tak rozpaczliwie szukam?! Czułam smutek i rozgoryczenie bijący z wnętrza chłopaka. Nagle ocucił mnie jego głos. Nie był on chłodny, niczym stal. Raczej... troskliwy?
- Wystarczy.
Spojrzałam na swego wroga, po raz pierwszy i ostatni decydując się na tak spontaniczną decyzję. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem i nim zorientował się, co zamierzam zrobić, poczuł na policzku gorące wargi
- Dziękuje... Draco.
Po czym odeszłam szybkim krokiem nie odwracając głowy.
Draco:
Granger wrzeszczała już dobrą minutę. Poczułem się dotknięty, jak gdyby żywcem palono me ciało. Miała mnie za potwora. Brzydziła się tak nędzną karykaturą, tchórzem, który jak mówiły jej myśli niezależnie od sytuacji wstawiał się za rodziną. Przyznałem jej rację. Przecież ją miała! Od lat obserwowałem Ojca, który wpajał mi swoje chore zasady. Znałem je wszystkie na pamięć. Jako małe dziecko żywiłem do nich urazę. Do ojca czułem zaś żal, bo przecież żaden z tych ludzi, o których tak niepochlebnie wyrażał opinię, nie czynił niczego złego naszej rodzinie! Z czasem zapomniałem o dziecięcych troskach w pełni poddając się wychowaniu Lucjusza. Zgorzkniały tępiciel szlam narastał we mnie niczym bestia, pragnąca dać upust zawiści na ich brudnych ciałach i spaczonej psychice. Nie pasowali do naszego świata. Niepostawni, wręcz żałośni, plugawi mugole nie mający nic wspólnego z odwieczną tradycją. Należało ich wyeliminować! Czy naprawdę tak właśnie myślałem? Otóż do czasu.
Granger obserwowałem właściwie od zawsze. Mała, zarozumiała kujonka. Rodzice - stomatolodzy. Sprawdziłem w księgach. Leczyli zęby mugolakom podobnym do siebie. Co ciekawego widzieli w takim zawodzie? Dłubanie w zębach jest obrzydliwe! Ohyda.
W pierwszej klasie dokuczałem jej na każdym kroku obserwując reakcję, jakie wywołam. Niezwykle starała się opanować złość i łzy, które regularnie jej fundowałem. Cieszyło mnie to, motywowało. No cóż, w drugiej klasie pojawiły się pewne komplikacje. Ja, Draco Malfoy zawsze znajdę wyjście z sytuacji. Dziedzic Slytherina! Idealna okazja, by zastraszyć szlamę. Niestety, w połowie roku szkolnego padła ofiarą paskudnego Bazyliszka i została spetryfikowana. Nigdy nie dowiedziano się, że odwiedziłem ją w skrzydle szpitalnym. Spojrzałem w szkliste oczy, przepełnione strachem i burzę loków porozrzucaną wokół jej głowy. Wyglądała jakby umarła. Porcelanowa cera dodawała jej pewnego uroku. Wyszedłem szybko nie oglądając się za siebie, zapominając o tym, że mogłem pomyśleć o niej jak o spetryfikowanej koleżance, zamiast plugawej szlamie. W trzeciej klasie istotnie - zaczęła zadziwiać. Do tej pory czuję pulsujący ból na policzku. Czwarta, hmm. Wiktor Krum - co ona właściwie widziała w tym gburowatym mężczyźnie? Trzeba było przyznać, że on wiedział co robi biorąc się właśnie za Granger. Doprawdy, wyładniała niesamowicie. W piątej klasie Hermiona wydawała się obojętna na złośliwe komentarze, które rzucałem pod jej adresem. Szósta? No cóż, byłem zajęty innymi sprawami. Zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, gdy Lestrange z lubością torturowała jej ciało. Była odważna i piękna. Wojownicza, gotowa zginąć za przyjaciół. A teraz? Chcieli ją zabić! Nie mogłem na to pozwolić, nie po tym wszystkim co zrobiła dla świata magii - w tym dla mnie! Chciałem ją uratować. Nie tylko dla niej, ale również dla siebie. Czułem, że przeznaczenie postawiło na jedną kartę, której będę musiał podołać. Czyżby tą kartą miała być właśnie owa Gryfonka? Tego miałem się dopiero dowiedzieć. Ratując ją dowiedziałem się czegoś cennego, czegoś o sobie - Draco Malfoy potrafi być wdzięczny.
Z tą myślą zniknąłem ze stromego wzgórza pozostawiając po sobie jedynie powiew chłodnego wiatru.
Nora tętniła życiem. Od wejścia na podwórze Miona słyszała wesołe wrzaski Rona i popiskiwanie Rudej. Pani Weasley mieszała w garnku różdżką doprawiając sos, a Percy i Bill nakrywali do stołu. Z szerokim uśmiechem na ustach przekroczyłam próg domu. Wszyscy umilkli, kierując wzrok na moją osobę. Po schodach biegła Ginn, która gdy zobaczyła Hermi zatrzymała się wpół kroku i otworzyła szeroko usta. Nagle Gryfonka zauważyła dlaczego. Za Ginny stał nie kto inny jak Zabini Blease. Ron próbując ratować sytuację wykrzyknął wyraźnie uradowany
- MIONA! - pocałował krótko brązowowłosą przyciągając ją w stronę stołu kuchennego.
W ślad za nim poszła cała rodzina. Hermiona miała właśnie wyrazić swoje bezbrzeżne zdumienie, na widok Bleasa w Norze, gdy ten podszedł do dziewczyny uśmiechając się nieśmiało.
- Cześć. - rzekł nerwowym głosem niepewny reakcji kobiety. W końcu nigdy nie darzyli się zbytnią sympatią - to może dziwne, ale chwilowo zamieszkuję Norę - wyszczerzył się.
Zszokowana spojrzałam na każdego z osobna. Ludzie za którymi tęskniłam spoglądali przepraszająco, wyglądali też na zawstydzonych. Przeniosłam wzrok na płomiennie rudą przyjaciółkę, która na twarzy miała wypisane zdanie ''WSZYSTKO CI WYTŁUMACZĘ''.
- Chyba mamy sporo do nadrobienia - przerwałam nieznośną ciszę kierując się wolno w stronę drewnianych schodów.
Wróciłam! Kolejna notka w piętek! Komentujcie i dzielcie się pomysłami ;)
- Czyżby? - spojrzałam w szare oczy Blondyna, krzywiąc się nieznacznie - nie sądzę - dodałam patrząc na niego hardo.
- Nie sądzisz, powiadasz... No cóż, w końcu czego mógłbym spodziewać się po Gryfonce, w dodatku przyjaciółce Pottera - parsknął potrząsając energicznie głową. - Tak Granger, to było do przewidzenia.
- Po mnie? A kto z dwojga obecnych tu osób nie miał odwagi stanąć z nami w Bitwie o Hogwart?! Kto całymi miesiącami wylegiwał się w wygodnych komnatach, obsługiwany przez Bogu ducha winne skrzaty domowe podczas gdy ja, Ron, Harry i cała reszta ryzykowaliśmy życie, by uratować chociażby Twój nędzny tyłek? A może już zapomniałeś, że gdyby nie my, prawdopodobnie skończyłbyś równie wspaniale, jak Twój ojczulek jego banda?! - dyszałam ciężko, wyrzucając z siebie cały żal, złość i pogardę. Co za bezczelny człowiek!
- Więc tak o tym myślisz? Jak to Ty mówisz ''wylegiwałem się'' podczas gdy wy narażaliście przecież tak cenne życie, hm? Nie wiesz co mówisz Granger.
- Nie wiem co mówię?! NIE WIEM CO MÓWIĘ! Malfoy ja tam byłam! O ile sobie przypominam, ubrany byłeś w przyzwoicie ciepłą szatę, a stół zastawiony był do obfitej kolacji, podczas gdy my głodowaliśmy zarówno dniem jak i nocą!
- To niby moja wina tak? - oczy blondyna zwęziły się, zamieniając w niewielkie szparki. - A pomyślałaś może, jak ja się czułem, będąc zmuszonym jeść ze stołu na którym codziennie ginęli niewinni? Ze stołu, przy którym przesiadywał ON?
- A niby co takiego robiłeś, żeby ich powstrzymać, biedactwo Ty moje?! - zironizowałam - no co, może powiesz mi, że kiedykolwiek wyraziłeś swój sprzeciw, Malfoy?!
- Chciałem, ale nie mogłem.
- NIE MOGŁEŚ NAWET WTEDY, GDY TWOJA KOCHANA CIOTECZKA ZROBIŁA MI TO?! - wrzasnęłam upuszczając rękaw szaty. W bladym świetle zalśniły blizny układające się w słowo ''SZLAMA''. Blondyn zaniemówił.
Przez moment dostrzegłam ból w stalowych oczach, które zazwyczaj były nieodgadnione. Chłopak wydawał się prowadzić jakąś wewnętrzną walkę, o której ja dziewczyna pochodząca z mugolskiej rodziny nie miałam zielonego pojęcia. Co może dziać się w głowie Dracona Malfoya? Arystokraty, który niezależnie od sytuacji staje po stronie swojej zawszonej ideałami rodziny?
- Właśnie, Granger. Zawsze po stronie parszywej rodziny - uniósł podbródek dziewczyny zaglądając jej głęboko w oczy. Nie wiedział co chciał w nich znaleźć. Współczucie, a może wsparcie?
Użyłam całej mocy empatii, jaką byłam zdolna w danym momencie wykreować. Cieszyłam się z faktu, że ćwiczyłam przechwytywanie silnych emocji dużo wcześniej, niż wymagała tego szkoła. Skupiłam się na chłopaku, przymykając powieki.
Spadałam w dół. Czarna rozpacz owładnęła nagle całe me ciało. Czułam, że moja świadomość zamyka mnie w odosobnionej klatce. Byłam sama. Gdzie światło, którego tak rozpaczliwie szukam?! Czułam smutek i rozgoryczenie bijący z wnętrza chłopaka. Nagle ocucił mnie jego głos. Nie był on chłodny, niczym stal. Raczej... troskliwy?
- Wystarczy.
Spojrzałam na swego wroga, po raz pierwszy i ostatni decydując się na tak spontaniczną decyzję. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem i nim zorientował się, co zamierzam zrobić, poczuł na policzku gorące wargi
- Dziękuje... Draco.
Po czym odeszłam szybkim krokiem nie odwracając głowy.
Draco:
Granger wrzeszczała już dobrą minutę. Poczułem się dotknięty, jak gdyby żywcem palono me ciało. Miała mnie za potwora. Brzydziła się tak nędzną karykaturą, tchórzem, który jak mówiły jej myśli niezależnie od sytuacji wstawiał się za rodziną. Przyznałem jej rację. Przecież ją miała! Od lat obserwowałem Ojca, który wpajał mi swoje chore zasady. Znałem je wszystkie na pamięć. Jako małe dziecko żywiłem do nich urazę. Do ojca czułem zaś żal, bo przecież żaden z tych ludzi, o których tak niepochlebnie wyrażał opinię, nie czynił niczego złego naszej rodzinie! Z czasem zapomniałem o dziecięcych troskach w pełni poddając się wychowaniu Lucjusza. Zgorzkniały tępiciel szlam narastał we mnie niczym bestia, pragnąca dać upust zawiści na ich brudnych ciałach i spaczonej psychice. Nie pasowali do naszego świata. Niepostawni, wręcz żałośni, plugawi mugole nie mający nic wspólnego z odwieczną tradycją. Należało ich wyeliminować! Czy naprawdę tak właśnie myślałem? Otóż do czasu.
Granger obserwowałem właściwie od zawsze. Mała, zarozumiała kujonka. Rodzice - stomatolodzy. Sprawdziłem w księgach. Leczyli zęby mugolakom podobnym do siebie. Co ciekawego widzieli w takim zawodzie? Dłubanie w zębach jest obrzydliwe! Ohyda.
W pierwszej klasie dokuczałem jej na każdym kroku obserwując reakcję, jakie wywołam. Niezwykle starała się opanować złość i łzy, które regularnie jej fundowałem. Cieszyło mnie to, motywowało. No cóż, w drugiej klasie pojawiły się pewne komplikacje. Ja, Draco Malfoy zawsze znajdę wyjście z sytuacji. Dziedzic Slytherina! Idealna okazja, by zastraszyć szlamę. Niestety, w połowie roku szkolnego padła ofiarą paskudnego Bazyliszka i została spetryfikowana. Nigdy nie dowiedziano się, że odwiedziłem ją w skrzydle szpitalnym. Spojrzałem w szkliste oczy, przepełnione strachem i burzę loków porozrzucaną wokół jej głowy. Wyglądała jakby umarła. Porcelanowa cera dodawała jej pewnego uroku. Wyszedłem szybko nie oglądając się za siebie, zapominając o tym, że mogłem pomyśleć o niej jak o spetryfikowanej koleżance, zamiast plugawej szlamie. W trzeciej klasie istotnie - zaczęła zadziwiać. Do tej pory czuję pulsujący ból na policzku. Czwarta, hmm. Wiktor Krum - co ona właściwie widziała w tym gburowatym mężczyźnie? Trzeba było przyznać, że on wiedział co robi biorąc się właśnie za Granger. Doprawdy, wyładniała niesamowicie. W piątej klasie Hermiona wydawała się obojętna na złośliwe komentarze, które rzucałem pod jej adresem. Szósta? No cóż, byłem zajęty innymi sprawami. Zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, gdy Lestrange z lubością torturowała jej ciało. Była odważna i piękna. Wojownicza, gotowa zginąć za przyjaciół. A teraz? Chcieli ją zabić! Nie mogłem na to pozwolić, nie po tym wszystkim co zrobiła dla świata magii - w tym dla mnie! Chciałem ją uratować. Nie tylko dla niej, ale również dla siebie. Czułem, że przeznaczenie postawiło na jedną kartę, której będę musiał podołać. Czyżby tą kartą miała być właśnie owa Gryfonka? Tego miałem się dopiero dowiedzieć. Ratując ją dowiedziałem się czegoś cennego, czegoś o sobie - Draco Malfoy potrafi być wdzięczny.
Z tą myślą zniknąłem ze stromego wzgórza pozostawiając po sobie jedynie powiew chłodnego wiatru.
Nora tętniła życiem. Od wejścia na podwórze Miona słyszała wesołe wrzaski Rona i popiskiwanie Rudej. Pani Weasley mieszała w garnku różdżką doprawiając sos, a Percy i Bill nakrywali do stołu. Z szerokim uśmiechem na ustach przekroczyłam próg domu. Wszyscy umilkli, kierując wzrok na moją osobę. Po schodach biegła Ginn, która gdy zobaczyła Hermi zatrzymała się wpół kroku i otworzyła szeroko usta. Nagle Gryfonka zauważyła dlaczego. Za Ginny stał nie kto inny jak Zabini Blease. Ron próbując ratować sytuację wykrzyknął wyraźnie uradowany
- MIONA! - pocałował krótko brązowowłosą przyciągając ją w stronę stołu kuchennego.
W ślad za nim poszła cała rodzina. Hermiona miała właśnie wyrazić swoje bezbrzeżne zdumienie, na widok Bleasa w Norze, gdy ten podszedł do dziewczyny uśmiechając się nieśmiało.
- Cześć. - rzekł nerwowym głosem niepewny reakcji kobiety. W końcu nigdy nie darzyli się zbytnią sympatią - to może dziwne, ale chwilowo zamieszkuję Norę - wyszczerzył się.
Zszokowana spojrzałam na każdego z osobna. Ludzie za którymi tęskniłam spoglądali przepraszająco, wyglądali też na zawstydzonych. Przeniosłam wzrok na płomiennie rudą przyjaciółkę, która na twarzy miała wypisane zdanie ''WSZYSTKO CI WYTŁUMACZĘ''.
- Chyba mamy sporo do nadrobienia - przerwałam nieznośną ciszę kierując się wolno w stronę drewnianych schodów.
Wróciłam! Kolejna notka w piętek! Komentujcie i dzielcie się pomysłami ;)